Piszę Składam Pstrykam | Basia Jendrzejczyk » Uśmiech jest największą nagrodą

Uśmiech jest największą nagrodą

Cyrk to miejsce obecne we wspomnieniach z dzieciństwa chyba każdego z nas. Zawsze na samą wieść o jego przyjeździe do Siemianowic cieszyłam się i z niecierpliwością go wyczekiwałam. Ostatnio zetknęłam się z cyrkiem jakieś 15 lat temu, kiedy przyjeżdżał, wręcz pod samo moje okno, i rozkładał się na kilka tygodni. Mogłam podziwiać sporą ilość zwierząt, w tym zawsze urzekające mnie słonie – wówczas jeszcze nie świadoma jakie katusze muszą one przechodzić. Cieszyły mnie karuzele towarzyszące cyrkowi i ten duży kolorowy namiot. Teraz już tak nie jest.

Cyrk odwiedza naszą miejscowość, ale zanim się zorientujesz już po wszystkim – pojawiają się i znikają. Nie ma już czasu na dłuższą radość i podziwianie. Dawno nie byłam, na takim przedstawieniu a skoro nadarzyła się okazja i przyjechał do nas Cyrk „Arlekin” z Częstochowy, postanowiłam przyjrzeć się ich pracy bliżej, bardziej świadomie i już z innej perspektywy. Zachęcam do przeczytania wywiadu z Sylwestrem Wiśniewskim – absolwentem Szkoły Cyrkowej w Julinku ze specjalizacjami clownadą i akrobatyką.

Jak Pan trafił do cyrku? Czy to przypadek czy przeznaczenie?
To przypadek, a później okazało się, że przeznaczenie. Zdawałem na AWF, zabrakło mi punktów i nie dostałem się, a ponieważ wojsko wtedy było obowiązkowe to gdzieś musiałem się schować. Akurat szkoła cyrkowa była blisko Warszawy i wiązała się ze sprawnością, więc zdałem egzamin z założeniem, że jeden rok sobie posiedzę, a potem spróbuję jeszcze raz na AWF. Po tym czasie już się nie zdecydowałem na zmianę i zostałem w cyrku.

Czemu clownada?
Też przypadek. W liceum z kolegami bawiliśmy się w kabaret, mieliśmy swój teatr, oprócz tego trenowałem sport i nie wiedziałem jak w tym cyrku się znaleźć. Dla mnie była to magia. Wybrałem clownadę. Na pierwszym roku trenowaliśmy wszystkie dziedziny, a na drugim wybierało się specjalizację. W tym czasie poznałem sympatyczną dziewczynę, która dopiero przyszła do szkoły i mieliśmy się ku sobie – obecnie jest moją żoną. Zaczęliśmy razem ćwiczyć akrobatykę i po skończonej szkole występowaliśmy jako akrobaci. Skończyłem dwie specjalizacje. Z żoną pracowaliśmy w cyrku przez wiele lat jako akrobaci, ale w pewnym momencie zrezygnowaliśmy z tej pracy. Teraz wróciłem jako clown.

Ile lat jest Pan związany z cyrkiem?
Będzie już 20 lat, ale miałem 6-letnią przerwę, na którą złożyło się kilka spraw. Chciałem ustabilizować się i założyć rodzinę, a nie chciałem żeby dzieciaki wychowywały się w cyrku. Był to też czas, kiedy było bardzo dużo dobrych rosyjskich artystów i byli dużo tańsi. Zaczęły się problemy z kontraktami. To wszystko złożyło się na tą przerwę, ale po tylu latach to jednak siedziało wewnątrz i wróciłem.

Czy praca w cyrku się opłaca?
Cyrk to jest prywatny zakład pracy – jest właściciel i są pracownicy. Tak jak w każdej innej branży są lepsi i gorsi. Jeżeli cyrk będzie miał dobry program to się obroni – ludzie przyjdą, a jeżeli będzie to kiepskie widowisko, brudne, nie będzie zwierząt i dwoje artystów wyjdzie i będzie non stop to samo – ludzie do takiego cyrku nie przyjdą i on upadnie. Jestem zwykłym pracownikiem, mam ustalone z dyrektorem warunki finansowe i skoro się dogadaliśmy to znaczy, że mi się to opłaca, skoro cyrk jeździ to znaczy, że dyrektorowi też się opłaca.

Jak wygląda życie artysty cyrkowego?
Jest to specyficzny tryb pracy, przejeżdżamy z jednego miasta do drugiego, ale jest to też ciekawe. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Każdy zawód ma swoją specyfikę – marynarze wypływają w długie rejsy, górnicy codziennie schodzą pod ziemię – ja bym się nie odważył. Praca w cyrku związana jest z życiem w rozjazdach, są pewne niewygody, ale można się do tego przyzwyczaić.

Ile występów rocznie dajecie?
Jesteśmy uzależnieni od pogody. Początek sezonu zaczyna się na przełomie lutego i marca, kiedy zaczyna się coraz dłuższy dzień, robi się cieplej i mniej więcej do końca listopada jeździmy. W sezonie jesteśmy w stanie odwiedzić około 200-230 miast, gdzie dajemy po jeden bądź dwa przedstawienia.

Jak Pan ocenia cyrk na przestrzeni lat? Co się zmieniło na lepsze/gorsze?
Zależy z jakiego punktu widzenia patrzeć. Kiedyś np. cyrki stały po 2-3 tygodnie w jednym miejscu, a teraz jest to kwestia dnia. Jedziemy rozkładamy się, występujemy i z powrotem składamy się żeby jechać do kolejnej miejscowości – jest to niewygodne. Kiedyś cyrki były państwowe, nie było wyścigu kto pierwszy dotrze do danego miasta. Jeśli jesteśmy którymś z kolei cyrkiem goszczącym w danej miejscowości to frekwencja spada, bo dzieci już w cyrku były w ostatnim czasie. Średnia wieku artystów cyrkowych rośnie, brakuje następców. W moim przypadku kilkuletnia przerwa sprawiła, że do akrobatyki już nie wrócę – ta przerwa jest nie do nadrobienia. Tracą na tym przedstawienia. Kiedyś były zespoły 6-7 osobowe, teraz czym więcej artystów w grupie tym trudniej znaleźć pracę, bo dyrektor musi się liczyć z kosztami. Łatwiej zatrudnić duet, który zrobi dwa numery, niż kwartet, który zrobi bardzo dobry lecz kosztowny show. Poziom przedstawień cyrkowych trochę się zaniża.

Czy Pana dzieci też interesują się cyrkiem?
Jeszcze są za małe. Starsza córka już tańczy w zespole ludowym, ale cyrkiem na razie się nie interesuje. Jeśli jej się to spodoba, to nie ma problemu, ale nie będziemy na to naciskać. Dzieci są sprawne, razem biegamy, chodzimy na basen, ćwiczymy. Natomiast cyrk nie jest sposobem na życie – wydaje mi się, że będzie coraz gorzej. Żeby zrobić taki jeden numer cyrkowy to wymaga dużo pracy i jest ona rozciągnięta w terminie, a teraz wiadomo każdy żyje bardzo szybko. Myśmy mieli jeszcze tą okazję, że była szkoła cyrkowa na odludziu w środku Puszczy Kampinoskiej – tam nie było nic innego do roboty tylko się siedziało na sali gimnastycznej. W tej chwili trzeba wiele poświęcić żeby sobie w ten sposób ułożyć.

Co sprawia Panu największą radość w pracy?
Jeśli jestem clownem to dla mnie to, że się ludzie bawią i śmieją jest największą nagrodą. Publiczność jest zróżnicowana ze względu na miejsce, region i różnie jestem przyjmowany. Są miejsca, gdzie ciężko jest o uśmiech publiczności. Do cyrku przychodzą ludzie w różnym wieku od 5 do 85 lat i trzeba w taki sposób poprowadzić scenki żeby to było śmieszne i dla dzieci i dla dorosłych. O tyle mamy trudniej, że tutaj nie przejdzie kontekst polityczny czy inny, który mogą wykorzystać kabarety. Mamy za dużą rozpiętość wiekową, dlatego radość na twarzach publiczności daje dużo satysfakcji.

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-3

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-1

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-2

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-4

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-5

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-6

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-7

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-8

Cyrk (C) Basia Jendrzejczyk-9

PUBLIKACJA | tygodnik Życie Siemianowic | 1.06.2011