Piszę Składam Pstrykam | Basia Jendrzejczyk » Pioseneczka słodka, niekoniecznie jest taka słodka

Pioseneczka słodka, niekoniecznie jest taka słodka

Czesław Mozil znany jako Czesław Śpiewa, to bardzo pozytywna postać polskiej sceny muzycznej. Obecnie przeżywa najlepsze chwile w karierze, wiele koncertuje w towarzystwie swoich przyjaciół. Jego koncerty to duża dawka instrumentów, pokręconych tekstów i uśmiechu. Czesław zaśpiewał również przed publicznością na tegorocznym Maj Music Festival. Mimo później pory i mrozu, który towarzyszył w ten majowy weekend, fani cierpliwie czekali i usłyszeli naprawdę dobry koncert. Mnie udało się spotkać z Czesławem przed koncertem – to bardzo sympatyczny człowiek, zachęcam do lektury wywiadu.

Czesławie jak to z Tobą jest? Jesteś Polakiem, ale mieszkałeś wiele lat w Dani. Czy utożsamiasz się z tamtym krajem?
Jak najbardziej się utożsamiam, bo mieszkałem tam 23 lata, więc jak rodzice wyemigrowali z Zabrza to miałem 5,5 roku. Byłem małym chłopczykiem, miałem fuksa, że wyemigrowałem w takim młodym wieku, dlatego ten proces był dla mnie zupełnie naturalny. Nie byłem nastolatkiem, który opuścił swoich przyjaciół z Polski, tylko byłem małym chłopczykiem, który nie chodził jeszcze do podstawówki. Od 10 roku życia przyjeżdżałem tu na wakacje do ciotek, przyjaciół do Pszczyny i Krakowa, więc czuję się jak Polak, który ma dwa domy. W tej chwili mam meldunek tutaj, ale to jest tak cudowne, że gram ze swoimi przyjaciółmi, którzy tu przyjeżdżają. To są znajomi ze studiów, z jedną koleżanką chodziłem, z drugą mieszkałem razem w akademiku. W tej chwili nie jest tak daleko do Dani jak kiedyś. Kiedyś prom z Kopenhagi do Świnoujścia płynął 9 godzin, a potem jechało się pociągiem na Śląsk. Teraz to jest 120 zł z Krakowa samolotem, więc Europa się zmniejszyła.

Pierwsze pozytywne skojarzenie z Polską.
Ojej ich jest mnóstwo, ale chyba najbardziej jak się jest emigrantem, to kiedy przyjechałem do kolegi do Krakowa, miałem wtedy 18 lat, nagle widzisz, że nie różnisz się za bardzo od młodzieży polskiej. Jesteś młodym chłopakiem, który marzy o tych samych rzeczach, ma swoje wartości, marzy o dobrych studiach i dobrej przyszłości, więc tego jest dużo. Samo to, że w domu mówiło się po polsku, mój ojciec jest Ukraińcem, a matka Polką. W domu mówiło się po polsku, wszyscy moi przyjaciele wiedzieli, że jestem Polakiem. Miałem chyba bardzo zdrowe, emigranckie dzieciństwo.

Twoja muzyka jest ciężka do sklasyfikowania, ale wszyscy jednak szufladkują. Jak sam byś ją określił, do jakiego nurtu Ci najbliżej?
Wydaje mi się, że to jest taki alternatywny, teatralny pop. To jest muzyka bardzo teatralna, nie lubię określenia piosenka poetycka, czy aktorska.

Masz za sobą kilka projektów m.in. z Hey, Dick4Dick czy Gaba Kulka. Z którego czerpiesz największą radość?
Ja jestem gościem na tych nagraniach, a kiedy mam możliwość brać udział w jakimś projekcie, to jestem jego małą częścią. Jest to bardzo miłe i jest się wdzięcznym, że można być częścią czegoś dobrego. Czerpie się bardzo dużo inspiracji od ludzi, ale to się robi często bardzo nieświadomie. To, że się szanuje twórczość Hey i Kasi Nosowskiej, to nie znaczy, że się potem wzorujesz na tym, ale często to cię inspiruje. Ja np. bardzo dużo słucham Tori Amos, PJ Harvey, kocham Nicka Cave’a, ale to nieświadomie wpływa na moją twórczość. Nawet jeśli chciałoby się nagrać duet z kimś, to nie znaczy, że to jest dobry pomysł i okaże się sukcesem. Czasami coś fajnego wychodzi z jakiegoś zaproszenia, ma się jakąś wizję, że kawałek jest np. bardzo kiczowaty, patosowy. Wtedy wiem, że reakcją może być wzruszenie, albo krytyka, że to kicz.

Jak dochodzi do takiej współpracy? Czy to są zaproszenia dla Ciebie czy raczej sam zapraszasz?
Akurat jeśli chodzi o trzy osobowości, które pojawiły się na płycie „Pop”, miałem okazję poznać 1,5 roku przed wydaniem „Debiutu”. Były to osoby, które zawsze mile się wypowiadały o płycie, mieliśmy dobry kontakt i wzajemny szacunek, więc to była taka zielona karta, że mogę zadzwonić osobiście albo napisać maila. To dla mnie bardzo wzruszające, że można być częścią polskiej sceny, dużo się jeździło i grało. Nagle tego efektem jest możliwość napisania maila do Kasi Nosowskiej, czy zaśpiewała by w utworze, który marzył mi się przez 2 lata w takiej wersji.

„Debiut” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. Czy podejmując się projektu Czesław Śpiewa spodziewałeś się takiego sukcesu czy to było zaskoczenie?
Pewnie, że to było zaskoczenie, przecież mamy taki rynek jeśli chodzi o sprzedaż płyt, że ja w ogóle nie oczekuję niczego od przyszłości. Ja chcę być częścią polskiej sceny i nie mogę wejść do studia i myśleć, jak ta płyta zostanie odebrana. Granie koncertów,tak jak dziś na festiwalu, gdzie jesteśmy jedną z wielu kapel i ludzie będą bić brawo, to jest coś co powoduje, że jestem spełniony. Nie można się spodziewać niczego, jedna z piosenek ruskiej, popowej kapeli świetnie to odzwierciedla, śpiewali, że gdyby to było tak łatwo napisać hit, to każdy by to robił. Nigdy się nie wie jaki będzie efekt, jak przyjmie to publiczność, można tylko próbować.

Teksty piosenek „Debiutu” powstały dość oryginalnie – za pomocą czatu. Skąd ten pomysł, czy się sprawdził i czy jest kontynuowany?
Pracuję z Michałem Zabłockim cały czas, więc większość tekstów na „Popie” jest moich, ale to był taki naturalny proces. Ja podchodzę do tego normalnie, tekst o żabach w betonie, jeśli mi się podoba i potrafię znaleźć w nim przesłanie o miłości, to wtedy ja w tą piosenkę wierzę. Ktoś inny może ją odebrać jako tylko i wyłącznie śmieszną anegdotę. Kiedy nagrywasz piosenkę, wtedy nie jest już twoja lecz należy do słuchacza. Pomysł z czatem był na debiucie, cały czas pracuję z Michałem, no i zobaczymy, co dalej. Bardziej interesują mnie teksty fanów, to są czasami cudowne rzeczy. Młoda dziewczyna napisała jakiś prosty tekst w wieku 15 lat i nigdy nie pomyślała o tym, że to może być świetny tekst do piosenki. Wtedy pisała bardzo naiwnie i szczerze o swoich uczuciach i coś takiego chciałbym zrobić w przyszłości, więc proszę wysyłajcie mi teksty, bo czasami znajduje się w szufladzie niesamowite rzeczy.

12 kwietnia br. – w dniu Twoich urodzin, miała miejsce premiera drugiej płyty. Jak ją oceniasz, czy jesteś z niej zadowolony?
Jestem bardzo zadowolony i przyznam, że mam trochę szczęście, że to się tak udało jak ja chciałem, okładka i wizerunek, który tworzę. Chciałem świat plasteliny, tak sobie to wymarzyłem, chciałem przekazać – masz okładkę, otwórz ją i zobacz, że pioseneczka słodka, niekoniecznie jest taka słodka. Z tego się bardzo cieszę, jestem zadowolony i dumny, to jest taka moja wizytówka. To są moi przyjaciele, zaprosiłem ich do studio, gdzie spędziliśmy razem 14 dni i był to niesamowity czas. Czesław Śpiewa jest nikim bez tych cudownych przyjaciół, którzy są totalną anarchią – od muzyków klasycznie wykształconych do muzyków wychowanych na punk, rock i metal.

Z wykształcenia jesteś muzykiem, grasz na wielu instrumentach, który jest Ci najbliższy?
Nie jestem multiinstrumentalistą. Potrafię grać na akordeonie i klawiszach, ale nie potrafię na bębnach, basie, czy gitarze. Moi przyjaciele potrafią grać na różnych instrumentach, ja jestem klawiszowcem i nawet nie za dobrze gram na pianinie. Jestem grajkiem, gram ¼ lepiej na akordeonie, niż kiedy chodziłem na studia. Czuję się dobrze na akordeonie i na pianinie, tylko akordeon jest instrumentem, do którego zawsze miałem ogromny dystans. Nie jestem wolnym muzykiem na tym instrumencie, nie daje mi takich możliwości do improwizacji. Jestem grajkiem, tak postrzegam siebie.

Kim jest Czesław na co dzień? Czym się zajmuje poza muzyką?
Teraz mam taką możliwość, że muzyka mi pochłania większość czasu, ale chciałbym w przyszłości otworzyć jeszcze raz knajpę i kocham gry komputerowe. Jak tylko mam czas np. w samochodzie, to gram. Jest teraz nowa gra Allan Wake na Xbox, to jest moja pasja, tylko nie mam na nią za dużo czasu. To nie wypada kupić dobrą grę komputerową i zagrać w nią kilka godzin i wracać do rzeczywistości, wtedy powinno się zamknąć na dwa dni, wejść w ten świat, skończyć tą grę i wrócić z powrotem do życia.

Czy masz jakieś marzenia muzyczne?
Chciałbym kontynuować to, co obecnie robię. Chcę być częścią polskiej sceny muzycznej – tak jak teraz i chcę grać dobre koncerty. Chcę być dla ludzi rozrywką, chcę ich skłonić do myślenia, żeby potrafili się zdystansować na pewne sprawy. Wczoraj zagraliśmy jeden z najlepszych koncertów kiedykolwiek, jestem w siódmym niebie. Nie wiem jak będzie dzisiaj, ale to jest cudowne przeżycie, kiedy stoisz na scenie, spoglądasz do tyłu i widzisz swoich przyjaciół – oni są tacy kolorowi, możesz dzielić się nimi z publicznością.

Co najbardziej lubisz w swoim zawodzie?
Największą satysfakcją jest sam występ przed publicznością, który wydaje się tak piękny i łatwy, a ty czujesz się wtedy taki czysty i dobry. To co jest przed i po koncercie – to jest trudne życie, rzeczywistość. Poza sceną każdy z nas walczy ze swoimi problemami.

Czy stresuje Cię jeszcze scena?
Gdyby nie było stresu, to byłoby straszne. Wczoraj bardzo się stresowałem przed koncertem i wtedy moja managerka Asia mówiła, że dobrze że jest ten stres. To byłoby straszne wchodzić na scenę i oczekiwać, że publiczność cię lubi. To, że cię lubili wczoraj, to nie znaczy, że cię będą lubić dzisiaj. Trzeba zawsze wychodzić do nich z szacunkiem, udowodnić im ponownie, że ich obecność ma sens.

Wyglądasz na optymistę, czy masz jakieś motto życiowe?
Mottem było kiedyś „grać nie srać”, ale granie to jest takie carpe diem. Nie lubię jak mówią: „zmienimy świat, ale w poniedziałek”. Przecież można zacząć teraz! Jednak nie jestem idealistą, za dużo gadam, a za mało robię. Jeśli się zrealizuje ¼ planów, to jest dobrze.

PUBLIKACJA | tygodnik Życie Siemianowic | 2.06.2010