Piszę Składam Pstrykam | Basia Jendrzejczyk » Jak ptak powracający do swojego gniazda…

Jak ptak powracający do swojego gniazda…

Znany i zasłużony siemianowiczanin, o którym moje pokolenie może niewiele wie, ale starsi doskonale znają tę postać. Podczas wielu koncertów i imprez muzycznych cały czas gdzieś padało jego nazwisko, a ja – jako przedstawicielka młodzieży – nie miałam większego pojęcia o twórczości tego artysty. Z muzyką Józefa Skrzeka – bo o nim mowa – spotkałam się tylko dwa razy, w tym ostatnio przy okazji festiwalu Ryśka Riedla. Wtedy postanowiłam pogłębić swoją wiedzę, a najlepszym sposobem, by to uczynić, jest wywiad.

Spotkanie zaliczam do bardzo udanych; tych, które zapisują się w pamięci na wiele lat. Jest to człowiek z bagażem doświadczeń – przede wszystkim artystycznych. Półtoragodzinna rozmowa i ciągle za mało czasu. Józef Skrzek to wybitna postać, człowiek kultury i duch artystyczny, dlatego warto poznać jego osobę. Julia ma trzy tygodnie. To jest bardzo ważny moment jeśli chodzi o moją biografię: zostałem dziadkiem – to pierwsze słowa Józefa Skrzeka, który z radością malującą się na twarzy pokazał mi zdjęcie wykonane za pomocą telefonu komórkowego.

Jest Pan rodowitym siemianowiczaninem. Co spowodowało, że tyle lat nie opuszcza Pan tego miasta? Co Pana tu trzyma?
Jestem rodowitym siemianowiczaninem, a nawet michałkowiczaninem, ponieważ kiedyś Michałkowice były niezależną gminą. Zostałem, ponieważ to sentyment, coś wewnątrz, co trudno teoretycznie określić. Przecież mogłem być w Los Angeles, w Londynie – to brzmi trochę patetycznie, a nawet zabawnie, jednak wynika to z wychowania. Wcześnie straciłem ojca, bo w latach siedemdziesiątych, a kiedy wszedłem na scenę zawodową, miałem 20 lat. Właściwie zawód muzyka jest wędrowny i to jest kwestia, czy chcesz robić tylko i wyłącznie karierę, bo to, co ja zrobiłem, jest na przekór. Mam kolegów, którzy są w różnych miejscach świata, np. Janek Kaczmarek, który pojechał w latach 80-tych do Stanów i zdobył potem Oskara. Ja miałem też jechać do Stanów USA m.in. z Jurkiem Skolimowskim – reżyserem filmowym; miałem pracować również w Europie Zachodniej. Na pewno byłoby łatwiej i lepiej robić karierę i pieniądze na świecie. Kiedy w 1973 r. dostałem propozycję pracy w studio Music Land w Monachium od Mac’a akustyka i udziałowca tegoż Projektu, nie zdawałem sobie sprawy, jaka to jest poważna propozycja. Bo to było za chwilę największe studio w Europie, gdzie nagrywali najlepsi – od Stonesów do Led Zeppelin. Miałem tam być multiinstrumentalistą i aranżerem, nagrywając również swoją Muzę. Nauczyłem się nie żałować niczego w życiu, bowiem takich sytuacji bywało już „x”, które układały dalsze moje losy… Czy wybierasz coś po swojemu, co jest czasami nienormalne, czy wybierasz karierę. Zawsze miałem szansę na tzw. karierę – medialne ułożenie, które gwarantuje bycie w światowej czołówce jeśli chodzi o notowania, wszak jestem znanym człowiekiem w Świecie, a siedzę w dziupli jak ptak powracający do swojego gniazda:)

Pochodzi Pan z utalentowanej muzycznie rodziny. Pana brat również jest związany z muzyką. Czy Pana dzieci także odziedziczyły talent?
Na pewno mają różne talenty. Karina – najstarsza córka – śpiewała ze mną na Scenie od Maleńkości; miała nawet nagrywać płytę w BMG, ale pewne życiowe zmiany spowodowały, że nie poszła w tę stronę, chociaż Jej Talent wciąż ma szansę rozwoju… Śpiewała na kilku moich płytach np. „Wracam”, na płycie z Bastkiem Riedlem, która była nagrana dla Młodych, którzy zginęli pod lawiną w Tatrach i w paru innych projektach TV. Według mnie, ma talent malarski i pewnie w tej dziedzinie będzie najlepsza. Oswajałem Córeczki wszystkie z klawiaturą, ale to pewnie nie o to chodzi, bo ani Luiza ani Ela nie chcą się łapać za syntezatory albo tym podobne keyboards czy gitarę basową. Myślę, że najmłodsza Ela powinna śpiewać – ona ma Wielki Talent. W tej chwili interesuje się jazdą konną, jest amazonką w ujeżdżaniu, aktualną mistrzynią Śląska i startuje jako junior na jesiennych mistrzostwach Polski we Wrocławiu, gdzie pojedzie również do tzw. KIR, a z Muzą tatusia…Wyczuwam w niej talent głosowy i sceniczny. Luiza jest bardziej zaangażowana w teatr, chodzi do klasy teatralnej w Batorym, grała przepięknie Recję w Lunatykach, a także świetnie tańczy, również ze mną na Scenie w kompozycji pt. Szecherezada, wspaniała, romantyczna, poetycka… To są ich upodobania i bardzo dobrze, bo nie chciałbym, żeby to było naciągane czy wymuszone z powodu tatusia…

Jest Pan założycielem SBB. Proszę opowiedzieć o tej muzycznej drodze, która trwa do dziś.
SBB powstało w 1971 r. i było to wtedy moje młodzieńcze marzenie, żeby w ogóle coś zrobić. Po śmierci ojca wchodziłem na scenę zawodową jako basista grupy Breakout – był to bardzo znany zespół w tamtych czasach. Graliśmy utwory Led Zeppelin i bluesy. To była scena, która dała mi do wyczucie, co się dzieje za kulisami. Graliśmy 3 miesiące w Świnoujściu w tzw. Non-stopie, poznałem wtedy wszystkich cinkciarzy, dziewczyny na molo i poza, wiedziałem co się dzieje w branży. Doszedłem do wniosku, że mogę zrobić coś ciekawszego i w następnym roku zabrałem się do tego. Wtedy wielu ludzi dostało paszporty i wyjechało za granicę i nagle zostałem sam z pomysłem… Przyszedł skądś Grek z gitarą – okazało się Apostolis. Był jednym z zawziętych muzykantów, którzy zaczęli i chcieli grać. Zagraliśmy w Siemianowicach w zastępstwie z Jurkiem Piotrowskim na „fajfie” i wyczułem, że ma dryg. Byli chętni do współpracy, więc zaprosiłem ich na próby i tak się zaczęło. Mieliśmy już swoje utwory, swoją publiczność, ale było ciężko. Pod koniec roku, który był takim ćwiczeniem i wstępem, stwierdziliśmy, że umieramy z nostalgii bycia poza zasięgiem medialnym… Nagle otrzymałem propozycję z Warszawy od Czesława Niemena, że robi super-band i chce mnie. Pojechałem zobaczyć, co się dzieje, tam była „śmietanka” warszawska: Czesław Bartkowski, TomekSzukalski, Tomek Jaśkiewicz – wszyscy najlepsi. Zaczęliśmy grać, ja zorientowałem się w ich stylu, zaprzyjaźniłem z Cześkiem i powiedziałem, że mam fajnych chłopaków; zaproponowałem żeby ich posłuchał i spodobało mu się! Wtedy podpadłem u całej menażerii w kręgach organizacji wiodących wówczas ten show-bussnes. Odwróciłem wszystko do góry nogami, grupa Niemen stała się nagle bardzo popularna. Graliśmy prawie dwa lata, a wtedy powstały cztery płyty: Marionetki oraz Requiem dla Van Gogha w Polsce i Strange is this world oraz Oda to Venus w Europie Zachodniej. To był zupełnie inny styl, niż się spodziewali zwolennicy Czy mnie jeszcze pamiętasz i innych, bardziej sentymentalnych melodii. Graliśmy po prostu ostro i to był taki bardziej jazz-rock; graliśmy na wielu festiwalach, m.in. na festiwalu we Frankfurcie nad Menem z Machovishnu Orchestra oraz w Skandynawii z Santaną. Zagraliśmy całe tournee europejskie z Jack Brucem z Cream. To była szkoła życia i mogliśmy grać dalej, ale nie podobały mi się sprawy zakulisowe – chodziło o menadżerów… Powiedziałem „basta”! Znów była bieda… Wkrótce jednak pojawił się Franciszek Walicki, który przyjechał do Michałkowic i zobaczył naszą próbę w piwnicy. Było to dla niego zaskoczenie – tu węgiel, niska piwnica, a tu grają, jeden na kiblu siedzi. To jest prawdziwy undergrund – stwierdził. Pierwszą trasę zapewnili nam z Locomotiv GT, który był wtedy bardzo znany, a my nie. Graliśmy support i wszyscy stwierdzili, że polski band gra fenomenalnie, a Węgrzy wcale się nie obrazili. Zaproponowali wyjazd na Węgry i tam pojechaliśmy, zaczęliśmy być powoli gwiazdeczkami, a może i więcej. Nagraliśmy płytę live w warszawskiej „Stodole”, która ukazała się błyskawicznie, robiąc Furorę!. Wystąpiliśmy w Opolu, gdzie nas ze sceny zrzucali, ale za jedną piosenkę otrzymaliśmy wyróżnienie – Zostało we mnie. Na koncercie nocnym, który był takim misz-maszem stylistycznym, zagraliśmy Odlot i wszyscy byli pod takim wrażeniem, że nikt za nami nie mógł wejść na scenę, pomimo że byli tam zacni Artyści. Mieliśmy speed, ale bardzo małe gaże i szukaliśmy rozwiązania w Europie – pojechaliśmy do Wiednia. Tam się pojawił Dietmar Lausegger – jeden z większych producentów sprzętu i bardzo nam pomógł. Wkrótce podczas koncertu plenerowego pojawili się tam młodzi ludzie z Niemiec i Włoch, którzy chcieli stworzyć agencję koncertową – byliśmy ich pierwszym wiodącym Bandem. W 1977 r. w Hannoverze nagrywaliśmy płytę Follow my Dream – była to duża inwestycja w zespół. Spotkaliśmy się z grupą Yes, a podczas koncertu w duńskim Roskilde na największym Festiwalu w Europie (pół miliona Publiki), w moje urodziny, spotkałem się z Bobem Marleyem na Scenie. Mieliśmy lecieć do Stanów, lecz zaczęliśmy odczuwać zmęczenie. Duża eksploatacja przez agencję Aries: trasy, nagrania, wywiady, promocja w Europie Zachodniej i Wschodniej…. Graliśmy mnóstwo koncertów w Berlinie; zespół był na szczytach popularności, ale nie niosło to za sobą właściwych apanaży – to była klęska systemów politycznych. Graliśmy dla publiczności Freedom przez sentyment i dlatego, że było fajnie. Jak są ludzie, którzy cię niosą na rękach, kochają, to chcesz to robić. Pomimo tego, że było to menadżerskie partactwo. To wszystko wyeksploatowało nas na tyle, że w pewnym czasie Apostolis zaczął trochę chorować, za jakiś czas Jurek i trzeba było powoli hamować. W 1980 r. doszedł do nas dodatkowo Sławek Piwowar – świetnie grał. Nagraliśmy wtedy fenomenalną płytę Memento, która jest do dzisiaj na wysokich notowaniach w Nowym Jorku. Pod koniec roku znów trasa europejska, ale my już wtedy nie patrzymy na ludzi, przede wszystkim koledzy myślą, jak jechać do domu i jak skończyć… Zmęczenie…Ta Dekada skończyła się wreszcie na koncercie w Niemczech, jednak okazało się, że to nie był taki całkowity koniec. Była luka przez dwie dekady ’80-’90 i nagle spotkaliśmy się znowu w Nowym Wieku. Dołączył do nas ni stąd ni zowąd Paul Wertico z Chicago – fenomenalny bębniarz, kolega Pata Matheny’ego z dzieciństwa! Nasze granie wydawało mu się teraz bardziej twórcze, to dało nam nową krew w żyłach… Grał z nami około 7 lat… Po nim przyszedł Gabor Nemeth, który grał z Lokomotiv GT oraz Skorpio. Jest równie dobry i… to nasza Generacja! Jest to mocne TRIO, trzy niezależne Kontrapunkty, trzy Silne osobowości; to trio jest jakby naszą Prawdą o Wartościach, w których istniejemy mocno od lat….

Czy obecnie pracujecie nad jakimś materiałem? Macie jakieś plany co do płyty?
Pieron wie:) Po pierwsze, nasze taśmy Memento i Welcome poszły do nowego masteringu, który będzie robił Zbyszek Preisner. Bardzo dobry muzyk, świetny kompozytor, który wiele lat robił muzykę filmową wspólnie z ś.p. Kieślowskim – teraz tworzy Nowe m.in. z Gilmourem z Pink Floyd. Zbigniew Preisner producentem SBB – ciekawie brzmi prawda? Jeśli by to jeszcze wyszło w Londynie, gdzie przebywa i ma managera, który kiedyś prowadził słynny Band?. Drugą możliwością jest Produkcja w studiach Los Angeles, u Macka w Stanach i wolałbym nie zapeszać.. Mówię teraz o tym, co byłoby budujące, bo nagrać drugą płytę tak z marszu nie ma sensu… Wolałbym przedostać się gdzieś dalej, bo ten rozdział tu w Europie jest niezły, ale potrzebujemy Nowej Siły. Nie chcę grać tego samego cały czas, choć wiem, że ludzie lubią piosenki, które śpiewa się po raz n-ty… Ja też śpiewam Anioły i kiedy śpiewałem o nich na Polach Marsowych, to chmury się rozstąpiły a nastał cudowny Zachód Słońca! Scenę wiążę z kreatywnością. W tej dekadzie zrobiliśmy co najmniej 6-7 Płyt w różnych krajach Świata! To jest nieźle dla takich Doświadczonych Facetów. Gdybyśmy teraz nagrali nową płytę w Stanach z dystrybucją na cały Świat, byłoby to całkowite Spełnienie! Korcą mnie różne inne tematy w Sztuce, ale nie popuszczę tego co czuję, a wiem że potrzebny jestem w tym Stylu. Zresztą na Polach Marsowych to było słychać i czuć!

Jest Pan także twórcą organowych recitali, które prezentuje Pan w kościołach i miejscach sakralnych. Skąd pomysł?
Byłem ministrantem:) Bardzo zafascynowany postacią Jana Pawła II komponowałem z Nowym Natchnieniem! Słuchałem Jego Słów, zagłębiałem się w jego Biografię, w to co robił jako Aktor, jako Człowiek, jakie było Jego Życie… Zauważyłem, że to mnie coraz bardziej dociera i zbliża do Pojęcia Wiary… Była też taka sytuacja, że na początku lat 80-tych, w stanie wojennym nie chciałem grać koncertów rockowych, dlatego że były one pretekstem do bicia Młodych! Był koncert, nadjeżdżało kilka autobusów zomowców i trenowali na Publice „pałkowanie”…. Byłem świadkiem takiej sytuacji podczas koncertu w Jastrzębiu…. Ja nie popierałem tego, o czym powiedziałem również Zbyszkowi Hołdysowi i uciekłem ze sceny w miejsca bezpieczne, jakimi w tym czasie były Kościoły. Zacząłem komponować na organach, dołączając syntezatory i jako pierwszy w świecie uzyskałem Nowe Brzmienie! Tak zagrałem w Michałkowicach, a zbiegło się to w czasie z wypadkiem na kopalni w Bytomiu, gdzie zginęli górnicy…. Zrobiłem pierwsze Epitafium z efektem bicia serca na jednym z syntezatorów. Zagrałem w 1983 r. w Kościele Św. Krzyża po mszy za ojczyznę, na której była cała czołówka aktorów i ludzi sztuki. Zyskałem akceptację z różnych źródeł, również Klausa Schulze z europejskiej czołówki Artystów el-Muzy! Takie organy, to wnętrze, ta akustyka, Sacrum – to wszystko powodowało niezwykłą Atmosferę. Miałem zaszczyt, że moja Kantata Maryjna była prezentowana podczas przylotu JP II na Muchowcu. Grałem w Watykanie i wielu naprawdę zacnych miejscach na świecie w tym Stylu muzyki, a w śląskich Piekarach na wzgórzu Kalwarii w ostatnia niedzielę Maja podczas pielgrzymki męskiej przez 25 lat towarzyszyłem naszym śląskim Chopom! Z chórami z Trójmiasta wykonałem Oratorium Zatoka Pogromców Burz, które zresztą było prezentowane w katedrze oliwskiej w Gdańsku. Wszystko było kompatybilne. Wielu dziennikarzy zarzucało mi, że tu gram w kościołach, a tu pracuję w Leśniczówce, gdzie są Artyści wszelkich Stylów, a jeden z dziennikarzy doczepił się do mojej współpracy z Romkiem Kostrzewskim. Nie rozumiem takich zarzutów. Chciał chłopak, żebym z nim zagrał, to zagrałem. Lata 80-te miałem dynamiczne i one były m.in. poznawaniem czegoś na granicy świętości, ale daleko mi do świętości. To tylko Dar z Niebios, a w tym wszystkim jest niezwykła Duchowość, tak bliska Prawdy i Fenomenu Sztuki. Z drugiej strony pozostał undergrund i Leśniczówka, która była wtedy największym Zjawiskiem integrującym Sztukę. Lata 80-te w Leśniczówce były genialne, to każdy wie, kto tam był, ci co już umarli – Rysiek, Kawa i inni, i ci co żyją…

Skąd pomysł na koncerty w Planetarium?
To miejsce Genialne! Planetarium to jest Kosmos, Marzenie, romantyczna Sytuacja, a także Akustyka kulista… To specyficzne miejsce, gdzie trzeba się magicznie poruszać… Planetarium w tym czasie mi było potrzebne, a ludziom też. Spotykali się tam bezstronnie, bez politycznych obsuw. Był ksiądz, policjant, dziennikarz, muzyk – ktokolwiek. Zrobiła się z tego jakaś magia łącząca ludzi. Grałem tam wiele koncertów; tematyką były pory roku tak jak Mozart, noc świętojańska, epitafium dusz dedykowane tym, co odeszli, którzy zginęli w katastrofach np. lotniczych. Ta dekada lat 80-tyvh była z jednej strony w swej rozciągłości dramatyczna, a z drugiej zbliżająca ludzi.

Był to także czas Jarocina…
Był to słynny czas Jarocina; Woodstock to był wtedy dzidziuś. Jarocin miał kopa niezwykłego. Tam grał głównie Rysiek Riedel, Dżem, TSA itd. Ja grałem z Leśniczówką, czyli miałem składy awangardowe. To było do przewidzenia, że tak duży kontrast w małym miasteczku nie przejdzie i w końcu go muszą wyrzucić, tak jak Paprocany… To, co jest na granicy pewnych skrajności, nie wytrzyma. Przyjeżdżają ludzie kolorowi i trzeba ich ogrodzić, bo w przeciwnym razie koniec azylu. Dlatego Owsiak ogrodził Woodstock. Gdyby tego nie zrobił, od razu mówiliby, że ćpają, piją i nie wiadomo co.

Tworzył Pan także wiele muzyki filmowej.
Chodził za mną Piotr Szulkin – robiliśmy wspólnie m.in. film Golem, Wojna światów. Ważne też było Ręce do góry z Jerzym Skolimowskim, gdzie znalazłem się w niezłym towarzystwie kompozytorskim, bo z Krzysztofem Komeda i Krzysztofem Pendereckim. Robiłem też Czas dojrzewania o Młodych zagubionych w Czasie.. Z Lechem Majewskim zrobiłem kilka filmów, ważnym jest Angelus, bo o Śląsku. Były tam pokazane hołdy, dialogi gwarą śląską – jest to dla mnie Arcydzieło o Śląsku. Robiłem tam muzykę organową oraz elektroniczną. Więcej jednak tworzyłem muzyki teatralnej na żywo, np. Kaligula z Piotrem Fronczewskim, Otello z Danielem Olbrychskim i Joasią Pacułą, Medea z Krysią Jandą i wiele innych Dzieł… Transponowałem na instrumenty elektroniczne Noc w Operze do muzyki Mozarta w Bielsku, Historię o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim w bielskim Teatrze Polskim z góralami beskidzkimi Wałasiami, a w łódzkim Teatrze Wielkim, później w moskiewskim Teatrze Wielkim zagrałem na syntezatorach Moog, a Wielką Formę – przedstawienie z baletem i orkiestrą symfoniczną pt. Karłowicz – interpretacje w reżyserii Adama Hanuszkiewicza z primabaleriną Ewą Wycichowską.

Jak doszło do Pana współpracy z Katem i jak Pan ją wspomina?
Zacznijmy od tego, że robiłem w Siemianowicach Dzieło Rodowe, dedykowane Stryjowi Józefowi Drzewo Bytkowskie – największa produkcja w historii tego miasta, którą udało mi się zrobić w ogóle… To był ukłon w stronę tych wszystkich młodych, którzy zginęli z rąk hitlerowców. Tam właśnie Niemca grał Romek Kostrzewski i zagrał świetnie. Na koniec zagraliśmy finał Memento – Coda na kilka gitar o potężnym Brzmieniu a Romek także tam zagrał. Ja dobrze wiem, że on jest aktorem i jest zdolny, miał trudne dzieciństwo – wychował się w domu dziecka i nie wie, kto jest jego ojcem, jest oportunistą i dostał w życiu po „czapie”. Wiem, że to nie jest tłumaczenie pewnych wybryków, ale często rozmawialiśmy i próbowałem mu pewne rzeczy tłumaczyć: To nie chodzi o to, że powiesisz krzyż do góry nogami czy użyjesz jakichś słów, ale trzeba pamiętać, że jak się będzie na granicy satanizmu, jeśli ktoś przez ciebie zginie to będziesz za to odpowiadał… Na scenie musisz odpowiadać za to, kogo prowokujesz, to co zrobisz, mogą zrobić twoi słuchacze, bo jesteś ich idolem… Znałem chłopaków z Kata – to jest środowisko i jak jest serdecznie to trzymasz z Nimi… Były sytuacje kontrowersyjne, ale nie miałem uprzedzeń i nie bałem się tego, że mi zarzucali znajomość z Romkiem… Nie jestem takim Judaszem, żeby się tego wypierać. Nasza współpraca powstawała po partyzancku; przyznaję, że trochę się wahałem, bo bałem się, że dostanę za to w plecy i dostałem…

Wiele Pan koncertuje, a nie da się ukryć, że w Siemianowicach niewiele Pana słychać. Nie ma Pan takiego wrażenia?
Nie mam poparcia… Jeśli Pani chce ze mną zrobić spotkanie, to rozmawiamy – to jest chyba mój pierwszy wywiad w Siemianowicach tak mocno otwarty… Natomiast oni (władze) robią swoje i mają mnie za nic w tej kadencji… Dokonałem tu masę przedsięwzięć, realizowałem różne koncerty w nietypowych miejscach, jak np. parking w Michałkowicach gdzie kiedyś były aż dwie szkoły!. Pomyślałem, że trzeba to miejsce ożywić i zrobiłem tam koncert, a w efekcie przyszło prawie pięć tysięcy ludzi. Zaprosiłem Halinę Frąckowiak, Bastka Riedla, Andrzeja Urnego, mojego Brata Jana i Córki Karinkę, Luizę i Elę – miałem na to środki wykonawcze. Wymyśliłem także koncert na łące w parku michałkowickim – coś typu majówka – taki happening Pokoleń, gdzie przyszli ludzie mogli napić się piwa i oranżady, a zwłaszcza posłuchać muzyki, teatrów, zobaczyć obrazy… Mam atuty w garści, ale jak ja mogę zrobić produkcję za własne pieniądze? Jeśli miasto mi nie da środków, to ja nic nie zrobię… Kiedyś było trochę inaczej, planowaliśmy coś zrobić dla Swoich, a teraz już się nikt ze mną tak nie liczy. Mam wielki szacunek do Ludzi z tego miasta i bardzo się cieszę, że my teraz rozmawiamy. Natomiast kiedy nie mam możliwości tutaj, to gram na Placu Sejmu Śląskiego z Zespołem Pieśni i Tańca „Śląsk”, bo Pan Marszałek i inni ludzie z wydziału kultury Urzędu Marszałkowskiego stwierdzili, że Pan Józef Skrzek zamiast Gorana Bregovica może grać z zespołem „Śląsk” – no to gram. Będzie Justyna Steczkowska, balet z Gdyni, lasery, potężna produkcja – w Katowicach, bo tam mnie zaprosili. Mógłbym tworzyć dalej w rodzinnym Mieście, taki zgłosiłem akces obecnym władzom, ale nie otrzymałem żadnych do tego środków, ani zainteresowania…. Prosić się nie lubię; gram i będę grał na Świecie, a jak komuś nie pasuje w doma, to niych gro w hokeja na trowie…

Mnie właśnie szkoda, że tak to wygląda…
Bo Pani jest muzykalna.

W tym roku mija 15 lat od śmierci Ryśka Riedla. Z tego, co wiem, miał Pan z nim dobry kontakt. Jak wspomina Pan tego artystę?
Po pierwsze szkoda Człowieka, który był niezwykłym Zjawiskiem, Talentem, ale miał swoje słabości jak każdy… Spędzaliśmy razem wiele czasu na scenie i poza sceną. Potrafiliśmy spotkać się na Rynku w Katowicach i „godać” przez dwie godziny, traciliśmy poczucie czasu… On w skórze i kapeluszu… Był to człowiek zdecydowany, który nie lubił pustych słów np. „mobilizacja” – do dziś to pamiętam:), bo kojarzyła mu się z przymusem – wojskiem, strategią, wojnami a On nie lubił tego. Chciał w stanie pokojowym przejść przez życie… Mieliśmy grać razem, On chciał już w pewnym momencie odejść z Dżemu, dlatego że nie odpowiadała mu nagonka.. Chciał mieć więcej czasu na kreatywność, dlatego grywał z nami na małej scenie w Jarocinie… Był Człowiekiem pod presją i którego każdy obserwował… W takiej roli dajesz z siebie wiele, czasami schodzisz ze sceny i padasz, często się boisz, dlatego może następowało to u wielu Artystów, że się czymś dopalali. Hendrix, Joplin, Fredy Mercury – Geniusze, którzy mieli do czynienia z tak ogromną masą, która napierała, a Oni dawali z siebie wszystko! Z tego niewiele osób zdaje sobie sprawę.. Kiedy dajesz z siebie wszystko, wtedy dopiero oddajesz się w całości… On to czuł – taki był Rysiek, dlatego zapłacił taką cenę, dlatego mi go żal. Chciałbym, żebyśmy jeszcze zagrali razem… Może w Raju… Z Sebastianem gramy często..:)

Co Pan myśli o „nowym” Dżemie? Czy to jest ok, czy może Dżem powinien się zakończyć wraz ze śmiercią Ryśka Riedla?
Był taki moment, kiedy myślałem, że jest to po prostu niepotrzebne, ale po kilku spotkaniach i występach z nimi stwierdziłem, że Siła tej muzyki oraz pewnie duch Ryśka pozostał… To, że Ludzie wciąż śpiewają na koncertach Whisky, Cegła czy inne utwory, to znak, że przetrwało… Każda dobra sztuka przetrwa czas w jakiejkolwiek dziedzinie stylistycznej. Dlatego jest dobrze, że grają, a ludzie są i przyjmują to z jednej strony z sentymentem, a z drugiej strony bawią się. Pytałem czasami o to Sebastiana – mówiłem: Przecież ty jesteś ta sama krew; zresztą znam również Karolinę i całą rodzinę. Grałem na pogrzebie Goli, na organach w Kościele Św. Krzysztofa w Tychach – niesamowita sytuacja. Sebastian mówi, że chce robić coś innego, jego interesuje bardziej kreatywna sprawa. Czasami zagra razem z Dżemem utwory Taty, ale on też komponuje dla Taty. Ja wiem, że on jest kreatywny i nie chce iść na łatwiznę…

Najbliższe koncerty?
Z SBB planujemy m.in. 18 września koncert w Amfiteatrze szczecińskim z Omegą z Węgier, Olimpic z Czech, i jeszcze Kimś… Gram Rapsod śląski ze Śląskiem… We Wrześniu Festiwal „Schody do Nieba” w Planetarium Śląskim…

Dziękuję za rozmowę. 

skrzek-2

PUBLIKACJA | tygodnik Życie Siemianowic | 26.08.2009