Piszę Składam Pstrykam | Basia Jendrzejczyk » Całkiem normalni Paranienormalni

Całkiem normalni Paranienormalni

Skecz o Mariolce jest znany chyba większości z nas. Heloooł! Nie znać Mariolki Krejzolki to obciach! Wie o tym doskonale jej psiuła Gabrycha. Najgorszy jest jednak fakt, że takich Mariolek półinteligentnych jest wśród nas wiele, ale tylko jedna zasługuje na szczery śmiech, łzy radości i brawa. Jej twórcami są Paranienormalni, czyli Igor, Michał, Robert i Rafał, z którymi udało mi się porozmawiać przed jednym z występów.

Igor jesteś sprawcą całego tego zamieszania zwanego Paranienormalnymi. Opowiedz krótko jak to się zaczęło.
Igor Kwiatkowski:
Mam współudział w tym kabarecie. Spotkaliśmy się z Robertem w knajpie w Jeleniej Górze, gdzie mieliśmy okazje się bliżej poznać, powygłupiać trochę i podroczyć. Ja byłem tam kucharzem, robiłem ekskluzywne hamburgery, wykwintne hot-dogi i przeszacowne frytki, a Robert był tam DJ-em. Byliśmy na tyle zdeterminowani żeby spróbować swoich sił w kabarecie. Na początku były jakieś banalne pomysły, takie jak każdy, czyli skecz o złotej rybce, u lekarza. Z czasem staraliśmy się stworzyć własny wyraz i wtłoczyć w skecze nasze spojrzenie na świat, które wydawało nam się dosyć ciekawe i zabawne. Chyba się udało w tym sensie, że czujemy, że nie kopiujemy innych, cały czas staramy się to w sobie pielęgnować, bo podobne dowcipy ma każdy, tylko sposób ich podania może się różnić. Staramy się szukać tych cech wyróżniających i śmiesznych w sobie.

Z wykształcenia jesteś kucharzem. Czy w wolnej chwili gotujesz i co lubisz najbardziej gotować?
Igor:
Mam doktorat ze schabowych. Lubię gotować i tak naprawdę trafiłem do tej szkoły, ponieważ byłem niezdecydowany. Chciałem iść do tzw. mechanika, ale będąc tam na wizycie klasowej, wystraszyłem się pewnego chłopaka, który do nas podszedł, kiedy jakoś śmialiśmy się z grupką znajomych. Wziął mnie za fraki i powiedział „co się śmiejesz kocie” i ten argument przeważył, zapytałem od razu kolegi do jakiej szkoły idzie – szedł do gastronomicznej i ja też tam wylądowałem. Teraz dopiero po latach gotuję z przyjemnością, nie trzymam się przepisów. Lubię nakupić sobie dobrych rzeczy: suszonych pomidorków, jakieś fajne sosy włoskie, ryż, dobre mięso. Wołowina to jest w dużej mierze gwarant, że wyjdzie coś dobrego – chociaż nie jest tania. Wystarczy do tego sól i pieprz, jakieś oliwki, trochę białego wina, ale oczywiście na patelnię. Lubię sobie kombinować, czasami chęć na gotowanie przychodzi koło 22. Niby gotuję na drugi dzień obiad, ale po spróbowaniu okazuje się, że na drugi dzień muszę gotować raz jeszcze, bo z tego zostało tylko pół. Generalnie gotując odreagowuję.

Ponieważ jest to magazyn studencki, chciałam się dowiedzieć jak trafiliście na wybrane kierunki studiów?
Igor:
Ja mam wykształcenie średnie niepełne, maturę sobie odpuściłem, no bo po co. Kiedyś powiedziała mi pewna nauczycielka: ten to się tylko do wygłupów nadaje – pozdrawiam serdecznie, to były prorocze słowa :)
Michał Paszczyk: Jestem z zawodu aktorem, skończyłem PWST we Wrocławiu, a trafiłem tam, ponieważ nic innego nie potrafiłem robić. W liceum handlowałem w budce z nabiałem. Trafiłem na te studia, bo się wygłupiałem, a w podstawówce miałem ksywy: pulpet, spaślak i grubas i żeby być akceptowanym, zrobiłem z siebie błazna klasowego. Coraz lepiej mi to wychodziło, więc pomyślałem, że będę aktorem i tak od lat podstawówki wiedziałem, że chcę być aktorem. Poszedłem, zdałem i ukończyłem. Później zrobiłem jeszcze drugi kierunek Zarządzanie dystrybucją w handlu zagranicznym, ale to nieważne.
Robert Motyka: Ja od zawsze chciałem być weterynarzem, więc poszedłem do szkoły średniej i zostałem technikiem weterynarii. W piątej klasie szkoły średniej stwierdziłem, że jednak będę aktorem. Zdawałem do szkoły teatralnej, nie udało mi się dostać wobec tego szukałem czegoś pokrewnego. Pomyślałem sobie, że albo będę aktorem albo nie będę studiował, no i jak mi się noga podwinęła to poszedłem do pracy w radiu. Generalnie przez całe swoje młodzieńcze lata pracowałem w radiu, nie pracuję tam od roku, bo w między czasie zająłem się kabaretem. Wszystko było jednak bliskie aktorstwa. W radiu się wygłupiałem, na scenie też to robię i jest super.
Rafał Kadłucki: Ja bardzo długo studiowałem – 7 lat, ale żadnych studiów nie skończyłem i jest mi z tym bardzo dobrze. Z wykształcenia jestem instruktorem teatralnym. To jest jedyny papier, który mam, ale jakiś niepoważny. Nigdy nie pracowałem w zawodzie.

Co najmilej, a co najgorzej wspominacie z czasów studenckich?
Michał:
Najmilej imprezy oczywiście, studentki, zakochania i odkochania, waletowania w akademikach, nie koniecznie pod własną kołdrą, a koniecznie z kimś innym i koniecznie płci odmiennej. To było cudowne nie myśleć, co będzie po studiach, czy będzie praca – kompletnie mnie to nie ruszało. Z tych słabszych rzeczy to myśl, że to się kiedyś skończy.

Michał wcześniej byłeś w Neonówce. Jak trafiłeś do Paranienormalnych?
Michał:
W zasadzie z Paranienormalnymi byłem już kiedy byłem w Neonówce, bo spotykaliśmy się na trasie, kiedy graliśmy razem, to mnie nie było w garderobie Neonówki, tylko w Paranienormalnych. To było takie porozumienie ponad podziałami i jakoś zapałaliśmy do siebie sympatią, a potem miłością. Nadajemy na podobnych poziomach.

Mariolka jest taką ikoną, która was wyróżnia. Jak powstała i czy nie męczy was odgrywanie tego skeczu?
Igor:
Mariolka powstała z obserwacji, jakie chyba każdy z nas ma na co dzień. Każdy z nas zna taki typ dziewczyn, czy chłopaków. Było to zebranie złotych myśli, zmaterializowania takiej „super girl of the discotek”. Zaczęło się od sformułowania znajomej, która jak spotkała jakiegoś fajnego chłopaka, mówiła „ja pyrtole jaki koleś”. Wyobraziłem sobie taki monolog dziewczyny mówiącej do koleżanki bez ładu i składu, bo często byłem świadkiem takich rozmów za barem i nagrałem to telefonem. Wydawało mi się to zabawne, ale nie na tyle żeby na scenie pokazywać. Robert to widział i kiedyś mnie wypchnął na imprezie firmowej żebym zrobił tą postać, wtedy jeszcze bez peruki i bez sweterka, bez maniery w głosie. Zobrazowałem nastolatkę, co się bardzo spodobało, ale przez długi czas nie mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie się z tego śmieją. Do tej pory jest to dla mnie niezrozumiałe, bo kto by nie chwalił Marioli mówi, że doskonale zna takie dziewczyny i dziwię się, że nikt na to wcześniej nie wpadł. Cieszę się, że my byliśmy pierwsi, bo dzięki temu jesteśmy kojarzeni przez publiczność.

Jak wygląda proces twórczy. Czy z czasem jest to coraz łatwiejsze, czy raczej trudniejsze?
Michał:
Z czasem poprzeczka jest postawiona coraz wyżej, ponieważ kabarety stają się rozpoznawalne przez skecze odebrane przez ludzkość jako świetne, fajne, czy doskonałe. Wtedy nie mamy sumienia żeby pokazać coś przeciętnego.
Igor: Mamy większe doświadczenie w tworzeniu i budowie, w zabiegach psychologicznych, wiemy jak rozbawić publiczność. To jest podobnie jak w zespołach. Ludzie oczekują czegoś nowego, ale jednocześnie w podobnym klimacie. Wiem, że po nas oczekują poruszania tematów damsko-męskich poprzez personifikację zwierząt bądź przedmiotów.
Michał: Poza tym mamy koło stu skeczów, które inne kabarety początkujące chętnie by wzięły, a my nie jesteśmy usatysfakcjonowani ich poziomem i cały czas rzeźbimy żeby wypuścić doskonały torcik z wisienką.
Igor: Zdajemy sobie sprawę, że nie wszystkie skecze, które teraz robimy są petardami, ale robimy co w naszej mocy.
Michał: Staramy się włożyć w to jak najwięcej zaangażowania i entuzjazmu. To „co nie dograsz, to dowyglądasz”, jak to mówili w szkole teatralnej – to się sprawdza.

Czy w życiu prywatnym też jesteście tacy niepoważni? Jak ludzie was postrzegają?
Igor:
Kiedy ktoś ma okazję spędzić z nami dłuższy czas, to raczej dochodzi do wniosku, że jesteśmy zabawni. Nie zawsze prywatnie jesteśmy tak ekspresyjni jak na scenie. Jeśli jesteśmy na imprezie firmowej, często publiczność po alkoholu spodziewa się po nas takich samych petard przy stole jak na scenie. Spodziewają się przedłużenia występu, wtedy pewnie są rozczarowani, że my takie trochę mruki.
Michał: A my chcemy od nich trochę taniej samochód kupić – to normalne rozmowy, jeśli jesteśmy na imprezie dealera samochodowego. Jesteśmy ludźmi, którzy mają poczucie humoru, ale też nie epatujemy tym żeby nie zdominować imprezy, bo to bezsensu, to zostawiamy na scenę.
Igor: Jest też takie zjawisko, że kabareciarza ciężko rozśmieszyć, bo „robimy w humorze” i często jesteśmy częstowani przez naszych sympatyków kawałami. Kabareciarze jednak mają swój materiał, staramy się nie mówić cudzych żartów.
Michał: Generalnie kawał nas śmieszy, kabareciarz słuchając kawału wymyśla już kilka puent, a im więcej tym lepsze są, więc ciężko nas rozbawić do tzw. rozpuku.

Jak oceniacie poczucie humoru Polaków. Czy potrafimy się z siebie śmiać?
Michał:
Zauważyliśmy, że Polacy nie mają aż tak wielkiego dystansu do siebie o jaki się posądzają. Są gotowi śmiać się z sąsiadów, ale kiedy im wytknie się daną postawę palcem, to już się burzą.
Igor: Polacy uważają, że potrafią śmiać się z samych siebie, ale to jest tak, że kiedy śmiejesz się z sąsiada, to on już „no sorry nie gniewaj się”, ale kiedy pada na niego, to już nie jest mu do śmiechu.
Michał: Polacy uwielbiają się śmiać – to fakt, są rubaszni i przaśni, ale zauważyliśmy, że im mniejsza miejscowość, np. do 50 tys. mieszkańców, tym większa otwartość na nas.
Igor: W dużych metropoliach jest większy dostęp do rozrywki i kabaret jest traktowany jak np. alternatywa dla filmu „Avatar” w 3d. Chociaż my też jesteśmy w 3d na występach, tego nikt nie zauważył.

Czy według was są jakieś granice dobrego żartu, których nie powinno się przekraczać?
Michał:
Zdecydowanie tak. My też mamy w repertuarze żarty, których nigdy nie zdecydujemy się pokazać na scenie, które prywatnie by każdego z publiczności rozśmieszyło – jestem o tym przekonany, ale nie wypada się z tych tematów śmiać, więc my ich nie pokażemy. Człowiek, który by je zobaczył też by się nie śmiał, tylko by nas napiętnował. Są tematy, których nie należy poruszać. Tak jak stend up-owcy w USA – nie ma dla nich żadnych świętości. Czy to jest Bóg, religia, czy chorzy psychicznie, czy kalecy, nie ma żadnego tabu. To jest fajnie podane i ludzie się z tego śmieją.
Igor: Staramy się być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie jeśli chodzi o humor. Jestem rozczarowany takimi występami, które są dosłowne i na tacy podane. To jest trochę jak z kobietą – nie odkryta do końca, bardziej działa na wyobraźnię niż kobieta naga. Wiem jednak, że taka dosłowność ludziom się podoba i taki humor do nas zmierza, coraz bardziej będziemy odważni. Wulgaryzmy często są wykorzystywane do rozśmieszenia, ale to jest wtedy tylko dobre, kiedy jest osadzone odpowiednio, np. postać jest wulgarna i doprowadzona do ostateczności. Sztuka, żeby tej przysłowiowej „kurwy”, nie nadużywać niepotrzebnie.
Michał: Jeśli w skeczu nie ma nic śmiesznego, kabaret decyduje się na wulgaryzmy. Słowa na „k”, na „ch”, na „d” zawsze Polaka rozbawią.

Czy oglądacie inne kabarety? Czy macie swoich faworytów?
Michał:
Nie tylko oglądamy, ale też często spotykamy się z nimi podczas wyjazdów. To są często sympatie zarówno sceniczne, jak i prywatne. Jako że środowisko nie jest duże, ta pierwsza liga doskonale się zna. Mamy ze sobą dobry kontakt prywatnie. Uwielbiam klasykę – kabaret Potem, a teraz kabaret Hrabi.
Igor: Nazywamy to kabaretowym jazzem.
Michał: My jesteśmy popem.
Igor: Chcielibyśmy być Madonną, niektórzy mówią, że jesteśmy kabaretową Dodą.
Robert: Lepsze to niż Wodecki :)
Igor: Lubimy Łowców.B. Jako grange kabaretowy – garażowe granie, lubimy kabaret Dno.
Michał: W zasadzie każdy z tych kabaretów pierwszoligowych, jakoś musiał się do tej ligi dostać i czymś sobie zasłużyć na to. Każdy z nich ma coś w swoim repertuarze, co nas bawi.
Igor: Bardziej są to jakieś fragmenty skeczy, czy też pomysły, postaci. Jesteśmy też pod wpływem brytyjskiej fali tzn. seriale: „The office”, „Statyści”, „Mała Brytania”. Staramy się przetłoczyć pewne tendencje na polski rynek i częstować nimi publiczność.

Czy zdarzają wam się jakieś wpadki sceniczne? Jak sobie z nimi radzicie? Improwizujecie?
Igor:
Kiedyś strasznie baliśmy się wpadek, kiedy ktoś czegoś zapomniał to była afera, tragedia i spięcie pośladków na scenie. Teraz mamy w sobie więcej luzu, ale zdarzają się takie rzeczy.
Robert: Kilka dni temu nie wyszedłem do puenty i nie było afery. Koledzy potrafili się odnaleźć na scenie.
Michał: Robert się zagadał po prostu, a my kończyliśmy skecz, który on miał puentować. W mojej głowie powstał obraz, że on pędzi galopem na scenę i zaraz będzie i tym się żywiłem żeby nie zemdleć. Zazwyczaj są jakieś nowe rzeczy, które przychodzą do głowy na scenie i można tym zaskoczyć partnera – to jest fajne. Albo się człowiek zgotuje, co publiczność uwielbia, albo odwdzięczy jeszcze czymś lepszym, co wychodzi na to samo.
Igor: Czasami statywy mikrofonowe płatają nam figla, potrafią opadać, przekręcać się. W jednym ze skeczy tak intensywnie podskakiwałem, że upadłem jak mokra szmata na ziemię z takim hukiem, że nie byłem w stanie dalej grać, a Robert wtedy połykał łzy ze śmiechu. Najbardziej spektakularny nasz numer – to specjalnie zrobiony numer żeby Roberta ugotować, to skecz z wampirem. Ja jako kobieta daję jemu jako wampirowi kartkę z czułymi słówkami, jakie ma mi odczytać. Napisałem na niej niecenzuralny zwrot z czasownikiem, takie polecenie. On się tego w ogóle nie spodziewał, bo na kartce nigdy nic nie było, no i było śmiesznie, mało mu te wampirowe zęby nie wypadły – musiał je powstrzymywać ręką.

Co robicie na co dzień? Czy żyjecie z kabaretu? Co poza tym lubicie robić?
Michał:
Generalnie jesteśmy już zawodowcami, bo utrzymujemy się tylko i wyłącznie z tego, a pozostałe nasze zajęcia traktujemy jako hobby. Będąc 13 dni w trasie w miesiącu, nie ma szans żeby pracować jeszcze w sklepie, co jest moim marzeniem. Mamy swoje hobby, które czasem przynosi dochód, chociaż niekoniecznie.
Igor: Ostatnie lata pracowaliśmy intensywnie, dużo jeździliśmy, więc tego czasu prywatnego było rzeczywiście mało. Myślę, że teraz mamy taki okres, kiedy każdy z nas coraz bardziej szuka zajęcia relaksacyjnego.
Robert: Ja uprawiam rośliny w moim ogrodzie, który mam od niedawna. Mam taras i w wolnych chwilach chcę sobie przysiąść pod parasolem i jest mi wtedy przyjemnie. Mówię sobie wtedy „całe życie chłopie pracowałeś, a teraz możesz sobie posiedzieć spokojnie na ogródku”.
Michał: Ja w wolnej chwili kręcę sobie filmy. Z zawodu jestem aktorem, próbuję swoich sił w reżyserii, a że nikt mi nie da głównej roli jak nie ja, to kręcę sobie filmy ze mną w roli głównej i nawet dostaję za to jakieś nagrody.
Igor: Ja mam dwójkę dzieci jeszcze na tyle małych, że one są mocno absorbujące, więc często muszę po dłuższej nieobecności nadrabiać zaległości.

Zbliżają się wakacje. Czy macie czas na odpoczynek?
Igor:
Tak. Mamy cały lipiec wolny, sierpień spokojniutki i we wrześniu znowu ruszamy. Z kabaretami jest jak z zespołami disco-polo. Cały rok jest popyt na tego typu rozrywkę, co nas cieszy, ale musieliśmy sobie postanowić, że w lipcu odpoczywamy. Rozjeżdżamy się, zatęsknimy za sobą, także to, co w przyszłym roku zaprezentuje kabaret Paranienormalni, to tego jeszcze w Polsce nie było :)
Rafał: Planujemy dwa nowe skecze… w tym jeden śmieszny :)

Mariolka (C) Basia Jendrzejczyk-1

PUBLIKACJA | magazyn Ferwa | 06.2010